|
Nie jestem nawiedzonym ekologiem. Po
prostu przejechałem w swoim życiu około 1 miliona kilometrów różnymi
autami i mam dość wibracji i hałasu silnika spalinowego, zresztą zapachu
spalin i benzyny też nie uwielbiam. Dlatego po obejrzeniu programu
"zero emisji spalin", postanowiłem bliżej zainteresować się sprawą
napędu elektrycznego. Lubię majsterkować i mam w tym trochę
doświadczenia. Wizja skonstruowania własnego auta elektrycznego nie
przerażała mnie. Bardziej bałem się formalności,związanych z
rejestrowaniem takiego pojazdu. Ale nie zważając na trudności od
razu przystąpiłem do pracy. Wszelkie projekty powstają najpierw w
wyobraźni, dlatego i ona pracowała początkowo najbardziej.
Podstawowe pytania:
| . |
| •
Jakie auto przerobić? |
| •
Jaki
silnik zastosować? |
|
|
|
Te te dwa problemy są najważniejsze, ale
tak naprawdę to dopiero wierzchołek góry lodowej. Z autem
poszło łatwo, zakładałem, że musi być niewielkie, lekkie, i
mocne konstrukcyjnie. Części do niego powinny być tanie, tak
by po sknoceniu czegoś można było to tanio dokupić. Brałem
na początku pod uwagę kilka aut z manualną skrzynią biegów,
ale ze względu na sprzęgło wydawało mi się to trochę
skomplikowane. Z kolei zamontowanie silnika bez sprzęgła
przy zastosowaniu manualnej skrzyni biegów wydawało mi się
rozwiązaniem mało eleganckim. Dlatego też porzuciłem ten
pomysł i medytowałem nad automatyczną skrzynią biegów. I już
zastanawiałem się nad zakupem Geo Metro, gdy
uświadomiłem sobie, że przecież poza komplikacjami technicznymi typu
podciśnieniowe sterowanie automatem, powstaną całkiem spore straty
energii na sprzęgle hydrokinetycznym, a to w takiej konstrukcji nie
powinno mieć miejsca. W końcu zacząłem brać pod uwagę Wartburga 353
i muszę powiedzieć, że czym więcej o nim myślałem, tym więcej zalet
dostrzegałem w tym aucie. A oto najważniejsze z nich: |
| |
| •
Mała
waga w stosunku do wielkości pojazdu. |
| •
Sprzęgło
jednokierunkowe w wersji fabrycznej wyeliminowuje sprzęgło
cierne. |
| • Konstrukcja na ramie ułatwia przebudowę
nadwozia bez naruszania konstrukcji nośnej. |
| • Brak wspomagania i jakichkolwiek
serwomechanizmów sterowanych podciśnieniem. |
Wady to przede
wszystkim niezbyt atrakcyjna linia tego auta, nie mająca za wiele
wspólnego z wyrafinowaną aerodynamiką. Mimo to, przekonany o
wyższości wartburga nad innymi autami, rozpocząłem poszukiwania
takiego pojazdu, chociaż nie miałem żadnej wiedzy o tym, gdzie kupić
odpowiedni silnik elektryczny, ani jaki ma to być silnik. Na prąd
stały czy zmienny? W ogóle nie mogłem znaleźć modelu, któryby mi
pasował. Silniki na prąd przemienny były za duże, jeśli chodzi o
moc, która mnie interesowała, a wśród silników prądu stałego
dostępne były tylko maleństwa 2-3 KW max. Postanowiłem sprawdzić,
czy ktoś w Polsce ma jakieś doświadczenia w tej sprawie, licząc, że
podzieli się ze mną swoją wiedzą na temat budowy takiego auta i
podpowie, jakiego silnika użyć. Udało się: trafiłem na pana Zbyszka
z Gdańska. Nie miał swojej strony internetowej, ale w kilku
miejscach znalazłem o nim wzmiankę i drążąc temat zdobyłem telefon.
Pan Zbyszek nie trzymał
swoich e-doświadczeń w tajemnicy. Jest
pionierem motoryzacji elektrycznej w Polsce, jako pierwszy
zarejestrował własnej konstrukcji e-auto już w 2000 roku, po wielu
latach wojowania z urzędami. Zbudował już wiele samochodów, nawet
nie wszystkie zarejestrował, przeprowadzał masę doświadczeń i okazał
się skarbnicą wiedzy na temat tych aut. W swoich samochodach
stosował najczęściej silniki od sztaplarki, bułgarskiej produkcji na
prąd stały o napięciu 75V, mocy 10Kw, obroty maksymalne 2800 o/min.
Taki silnik do regeneracji można było kupić już za parę stów, więc
nie był to jakiś gigantyczny wydatek, niestety wymagał przeróbek,
gdyż oś kręciła się w niewłaściwą stronę.
Dowiedziałem się już na
ten temat prawie wszystko - w każdym razie miałem kogo pytać, jakbym
czegoś nie wiedział. Przystąpiłem do działania. We wrześniu 2004
miałem już auto i silnik. Dopracowania wymagały szczegóły: mocowanie
silnika elektrycznego, przeniesienie napędu do skrzyni biegów. Były
też ważniejsze sprawy do przemyślenia: akumulatory, kontroler mocy,
no i jeszcze prostownik. Początkowo, by zaoszczędzić, szukałem
akumulatorów jak najtańszych, przy jak największej pojemności.
Kupiłem AGM-y 75 Ah12V, które rzekomo miały
być nowe, niestety były to używki pewnie z UPS, co wyszło po 3-4
pierwszych ładowaniach. Pominę milczeniem, co myślę o sprzedającym.
Kontroler zaś kupiłem większy od tego, który stosował Zbyszek.
Dowiedziałem się od niego, że nie ma sensu na tym oszczędzać,
praktycznie za słaby kontroler może się tak spalić, że ciężko będzie
go naprawić, a dwa nowe mniejsze to większy wydatek niż jeden duży,
no i awaria na drodze też nie fajna sprawa. O prostownik specjalnie
się nie martwiłem, zanim zacznę jeździć, mogę przecież ładować każdy
akumulator osobno prostownikiem 12V.
Chyba pod koniec
listopada 2004 roku powoli ruszyły prace mechaniczne, dorabianie
części tak, by po wyjęciu silnika spalinowego natychmiast założyć
elektryczny. Tu poszło bardzo dobrze, wszystko zostało zrobione jak
należy, zamiana silników zajęła jeden dzień i już nic nie trzeba
było poprawiać. Do dziś te mechanizmy służą poprawnie. Trochę dłużej
trwało wykonanie połączeń elektrycznych, ze względu na brak
kontrolera i umocowanie akumulatorów, a to dlatego, że nie mam
dostępu do spawarki. Ale już pod koniec stycznia 2005 otrzymałem
kontroler i natychmiast pojechałem na pierwszą jazdę.
Pierwsza jazda
dostarczyła mi wiele radości, bez trudu rozpędzałem się do 80 km/h,
uszy cieszył cichy dźwięk silnika elektrycznego, cały zespół
napędowy brzmiał trochę jak trolejbus. Jednak jazda nie trwała zbyt
długo, ze względu na brak dobrego sterowania pedałem gazu.
Praktycznie był to przejazd doświadczalny, po którym trzeba było
wykonać inspekcję napędu. Po przejeździe i paru przeróbkach, udałem
się w dłuższą trasę na miasto. Podróż odbyła się bez niespodzianek.
W ten sposób przejechałem bez ładowania akumulatorów około 40
kilometrów i stanąłem przed koniecznością zbudowania prostownika,
który pozwoliłby ładować wszystkie akumulatory naraz. Powstał
prostownik 2 Kw, który działał poprawnie, ale po 3 ładowaniach auto
nie chciało za szybko jechać. Wstępne pomiary wykazały, że bateria
ma za małe napięcie. Po dokładnym sprawdzeniu wyszło na jaw, że trzy
akumulatory nie mają prawie pojemności. Uszkodzone oddałem
sprzedawcy, lecz z pewnymi oporami, niestety nie mógł mi dostarczyć
w to miejsce takich samych, zdobyłem je gdzie indziej. Przez jakiś
czas jeszcze jeździłem na tych akumulatorach, ale zasięg był marny.
Wystarczyło jednak, by zacząć starania o zarejestrowanie auta z
nowym napędem. Ponownie rady pana Zbyszka okazały się nieocenione.
Najpierw udałem się do rzeczoznawcy. Jego opinia była niezbędna,
myślałem, że trafię na ludzi z uprzedzeniami, a tu proszę…
pozytywnie się rozczarowałem. Po serii pytań, zdjęć, wyjaśnień i
porządnych oględzinach auto uzyskało pozytywną opinię. Następnie
udałem się na przegląd do stacji diagnostycznej. Tu też wszystko
poszło ok.
W marcu 2005
rozpocząłem atak na wydział komunikacji. Tu niestety spotkałem się z
nieufnością. Pani przyjmująca moją sprawę wypaliła: czego to ludzie
nie wymyślą… A co? - zapytała koleżanka. Auto elektryczne - sapnęła
pani, na którą spadła radość załatwiania sprawy mojego wartka. Na
szczęście oddelegowano mnie później do innej pani, której ta sprawa
chyba tak nie przygniatała. Dzięki temu jej I moje życie chyba było
lżejsze. Od niej się dowiedziałem, że poza zgromadzonymi dokumentami
muszę dostarczyć dowód zakupu silnika oraz nowe badanie z wpisanym
tym numerem. Z rachunkiem nie było problemu, silnik został kupiony w
firmie, która regeneruje takie maszyny. Z badaniem i opisaniem
również nie było trudności (co prawda dziwiło mnie to trochę, bo w
dowodzie rejestracyjnym nie wpisywało się tego numeru). Doniosłem te
papiery, ale czułem, że to nie koniec. Miałem rację, dowiedziałem
się, że badanie techniczne powinno być przeprowadzone w okręgowej
stacji diagnostycznej, a w dodatku powinno być to badanie
rozszerzone. Wyznaczono termin na doniesienie brakujących
dokumentów. Marzec zamienił się w kwiecień i wszystko się zmieniło
za sprawą jednego człowieka. Odszedł Jan Paweł II, wykonał z
miłością swoją tytaniczną pracę zostawiając smutek. Nastrój tych dni
wpłynął na wszystkich. Dokument z badania technicznego był ostatnim,
jaki złożyłem. Otrzymałem zapewnienie, że to koniec formalności I że
otrzymam dokumenty na auto elektryczne. Nikt nie zaprzeczy, że
wszyscy byli dla siebie w tamtych dniach bardziej życzliwi.
Po odebraniu dowodu
pozostało jeszcze zmienić akumulatory na nowe i zbudować nowy
prostownik. Decyzja zapadła w czerwcu. Za namową pana Zbyszka
kupiłem t 105. 210 Ah i zbudowałem automatyczny prostownik 3,5 Kw.
Od razu zasięg skoczył do 100 kilometrów w ruchu miejskim. Ładowanie
też stało się prostsze, zamontowany w aucie prostownik włączam do
gniazdka, wciskam jeden przycisk i zostawiam na noc. Z rana wyjmuję
wtyczkę z gniazdka i jazda. Na desce rozdzielczej zamontowałem
woltomierz 12V, woltomierz instalacji silnika, amperomierz do
pomiaru prądu pobieranego aktualnie przez silnik. Przy budowie
pomagał mi mój kolega Piotr, on też kręcił film z przerabiania tego
auta. I tak jeżdżę autem, które ma zero emisji spalin i zero
wypasu, nawet ogrzewania brak, ale i to zmieniam, właśnie kupiłem
elektrycznie ogrzewane fotele. Nad nawiewem ciepłego powietrza
pomyślę później. Koszt jazdy nie przekracza 6PLN/100 km po mieście!
I zostało jeszcze trochę majstrowania przede mną... |